Kiedy w lutym ubiegłego roku muzułmańscy separatyści z południa Tajlandii podpisali poważną ugodę z rządem w Bangkoku, wszyscy myśleli że połozy ona kres trwającemu od ponad dwóch dekad konfliktowi w islamskich prowincjach Yala, Pattani i Narathiwat. Konfliktowi, podczas którego według ostrożnych szacunków zginęło już ponad 7000 osób.
Niestety początek marca tego roku ponowie naznaczony został krwią i dziś nie wiadro już w jakim kierunku podażą wydarzenia na pograniczu tajsko malajskim, czyli tak zwanym tajskim dalekim południu.
Tajskie Dowództwo Operacji Bezpieczeństwa Wewnętrznego (ISOC) poinformowało ze dnia 8-go marca grupa muzułmanów ubranych w tradycyjne stroje Dawah, ubrania noszone przez wyznawców Islamu, głownie kleryków, podczas nauczania oraz nawracania niewiernych, zorganizowała krwawy rajd w Sungai Kolok, niewielkim mieście granicznym w prowincji Narathiwat.
Terroryści podróżujący pickupem rzucali ręcznie sporządzone bomby w biuro władz lokalnych oraz otworzyli ogień z broni palnej w kierunku chroniących je funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa.
W wyniku krwawego „rajdu” zginęło dwóch funkcjonariuszy a kolejnych jedenastu zostało rannych. Separatyści zdetonowali również lądunki wybuchowe, umieszczone w zaparkowanym przed budynkami rządowymi samochodzie oraz motocyklach.
Również 8-go marca w sąsiedniej prowincji Pattani inni uzbrojeni terroryści zaatakowali patrol leśniczych oraz lokalnych urzędników w wiosce Hutaekorlae w dystrykcie Sai Buri.
Co prawda podczas strzelaniny obyło się bez ofiar jednak zdetonowana później bomba umieszczona w zaparkowanym samochodzie pułapce spowodowała śmierć jednej osoby i ciężkie obrażenia dwóch kolejnych.
Warto zaznaczyć ze do aktów terroru doszło na początku świętego dla wyznawców Islamu miesiąca Ramadan oraz krótko po pierwszej oficjalnej wizycie w regionie, złożonej przez byłego premiera Tajlandii Thaksina Shinawatra.